Ulice znów tonęły w deszczu, a ja nadal kręciłam się po okolicy szukając każdego innego miejsca, byleby być jak najdalej od domu. Tata , generał dywizjonu Greg, praktycznie swoim biurem uczynił dom. Co chwila pukanie w drzwi, co chwila rozmowa, co chwila jakaś sprawa. Nasze życie od dawna już przestało być prywatne. Jedynie mama w jakiś sposób godziła się z tym stanem, uśmiechając się do wszystkiego i wszystkich, którzy przybywali do taty. Od paru lat mieszkaliśmy we wschodniej prowincji miasta Draconth. W zaciszu, daleko od szumów miasta i po tłoku tam panującego. Jednakże, kiedy wybuchła wojna, pewne rzeczy nieco się zmieniły. Tata dostał awans i się zaczęło. Jako, ze moi rodzice nie potrafili żyć bez siebie tata zdecydował się nas nie opuszczać, pomimo dość obszernego mieszkania zaproponowanego mu w nowym gmachu tzw. Przywódców Obrony Ludzkości. Ja jednak, nie za bardzo lubiłam przebywać we własnym domostwie. Ciągłe rozmowy, bankiety, zebrania, to mi przeszkadzało. Od kiedy tylko pamiętam ciągnęło mnie do natury, do obcowania z nią sam na sam. Do spokoju i ciszy, przerywanej chwilami śpiewem ptaków, szelestem liści i cala reszta. W mieście nie miałam zbyt wielu przyjaciół, wręcz można było ich policzyć na palcach obydwu dłoni. Wojna jednak, zabrała mi i ich. Jednych na wschód, w strony swych rodzin, gdzie mogliby się uchronić, drugich natomiast na front. Na szczęście za moja prośba trafili oni pod opiekę mojego ojca, do dywizjonu Greg. Był to elitarny oddział, zawierający w sobie ludzi o lekko nadludzkich możliwościach, takich jak przewidywanie, szybkość, siła, itp. Nie było to łatwe, aczkolwiek Alice i Nem poradzili sobie. Jako, że byli to jedyni ludzie, których mogłam mieć blisko siebie, postanowiłam podążyć ich ścieżką. Tato obawiając się o mnie nie zgodził się na ten gest, ale pozwolił mi ich odwiedzać co jakiś czas w centrali. Obecnie wygląda to teraz nieco inaczej. Dywizjon mało ingeruje w bitwy, jest raczej od wyzwań specjalnych. Jeśli już to wysyłają tych najzdolniejszych i najbardziej wprawionych, by szybko mogli uwinąć się z zadaniem. Alice zdarzyła być na froncie tylko raz, podobnie jak i Nem, podczas szkoleń praktycznych. Pamiętam jak po jej powrocie nie mogłyśmy się od siebie oderwać, i to, jak opowiadała:
- Ludzie z naszego Greg są niesamowici! Jeden potrafił w pięć sekund rozprawić się z dziesięcioma Orkami używając tylko do tego siły telekinezy wysyłanej z rak, sama do tej pory nie mam pojęcia jak on się tego nauczył i gdzie. Drugi natomiast potrafił być taki szybki, ze zdezorientowani zielono skórni w strachu przed otumanieniem woleli uciekać. I ja to widziałam! - mówiła z radością Alice.
Zawsze był to mały maniak militariów i sztuki wojennej. Szczególnie ze w mieście nie od dziś słyszano o zdolnościach, szkoleniach i mocach ludzi pod dowództwem mojego ojca. Malo kto jednak miał dowód na niezwykłość tych ludzi. Nem jako chłopak Alice był nieco odmienny, trochę taki jakby zamknięty w sobie. Posiadał ogromny potencjał wiedzy o uzbrojeniu, dlatego z tego powodu przyjęto go do dywizjonu.
Armia wciąż potrzebowała nowych ludzi do pomocy, toteż na dziś, 7 listopada 1623 roku zaplanowano nabór, w tym do dywizjonu Greg. Liczył on garstkę ludzi, było ich około pięćdziesięciu, w tym piętnastu najbardziej wykwalifikowanych biorących udział w bitwach. Defensywna, jak na początku strategia armii uległa zmianie. Postanowiono ruszyć do ofensywy i zakończyć tą batalie. Nieprzerwanie trwająca, od szesnastu lat i pochłaniająca ogromne środki finansowe. Zdecydowano o przyjęciu mniej więcej dwudziestu tysięcy do armii, pięciu tysięcy do sił leczniczych, i stopniowo po trzy, specjalnie wybrane osoby do dywizjonu Greg. Owe osoby dziś, do godziny 18 miały się stawić w centrali, tak więc postanowiłam po porannym spacerze, obiedzie z rodzina udać się tam i razem z Alice oraz Nem przywitać nowych.
- Podobno są oni niezwykle utalentowani. I przystojni. - szepnęła Alice do ucha Sary.
- A skąd Ty niby takie rzeczy wiesz?! - z zaskoczeniem spytała.
- Przecież tu pracuje. Musze wiedzieć takie rzeczy.
- A Nem nie ma nic przeciwko?
- Nem, to Nem, znasz go. Cale dnie potrafi przesiadywać w zbrojowni i dopracowywać sprzęt. A skoro go nie ma to mogę się trochę na innych popatrzeć.
Wszyscy stali i czekali na rychłe przybycie kapitana Gregoriego, ojca Sary, wraz z nowymi członkami załogi. Napięcie z minuty na minute wzrastało. Dało się odczuć zaciekawienie, lekkie podniecenie, pomieszane z niecierpliwością i wyczekiwaniem. Każdy ze znajdujących się tam żołnierzy, a było ich razem ze dwudziestu, wpatrzony był w zegarek, wiszący tuż nad drzwiami do sali. Gdy wybiła punktualnie godzina 18, drzwi rozsunęły się a próg przestąpił kapitan, wraz z idącymi za nim trzema osobami. Żołnierze stanęli na baczność by zasalutować powitalnym gestem swojemu dowódcy. Gregory skinął głową, po czym nieprzerwanie idąc ku końcowi sali uśmiechnął się do córki stojącej wraz z przyjaciółka. Sarę jednak przykuło co innego. Gdy dwóch mężczyzn wciąż rozglądało się po twarzach wszystkich tam zebranych, idący w środku miał cały czas wzrok utkwiony w niej. Z początku była trochę speszona tym, ale gdy tylko podniosła wzrok i spojrzała na niego, on natychmiast odwrócił spojrzenie. Następnie gdy doszli na koniec sali, stanął najbardziej po prawo spośród ich trzech stojących obok kapitana. Chwile później gdy uspokoiły się szmery, Gregory Black przemówił:
- Drodzy przyjaciele broni, dywizjonie Greg, chciałbym wam serdecznie przedstawić kolejnych trzech członków naszej brygady w drodze o pokój na świecie. Jak już zapewne wiecie Armia zmienia strategie toteż zwiększamy szeregi. Spośród kilku tysięcy przybyłych na nabór wraz z rada postaraliśmy wybrać najbardziej utalentowane i uzdolnione osoby. A zatem nie przedłużając powitajcie: Sirila, syna Gustawa i Marii z miasta Merrit; Flario, syna Brita i Ewy, również z Merrit; oraz przybyłego z dalekiej wioski Lorang, Syna Marcusa i Werii, Seibra.
CDN ..
Nie jest to doskonałe, aczkolwiek mam nadzieje ze mi wybaczycie mój brak wprawy ; )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz