Rozdział pierwszy
Opowieść ..
Coś się kończy i coś zaczyna, ale chyba nie do końca. Odkąd tylko sięgam pamięcią widzę szmer, gwizdy, kłótnie i ciągłe: trzeba znów się przenieść. I tak od czasu, kiedy to skończyłem 7 lat nieustannie się przeprowadzamy. Powód prosty: wojna. Jak byśmy nie mogli się zwyczajnie dogadać z innymi rasami. My ludzie! Niby najbardziej rozwinięci, cywilizowani a tu jednak, najmniej zaradni. A zaczęło się, hmm w sumie błahostką. Jeden szary elf nie przybył na zgromadzenie, jeden ork i nagle się posypało. Zresztą sam niewiele pamiętam, tylko tyle, ile opowiadał mi dziadek. Rodziców, prawie że nie znałem. Tata , zwyczajny mechanik pojazdowy, dostał wezwanie do armii chwile po tym, jak rozpętało się to coś. Opowiadano mi jak to wyjechał do Draconth w misji budowania tak zwanej "obrony ludzkości". Cala wioska była dumna, że jeden z nich dostał tak szczytny cel. Dwa lata później, gdy już ucichło nieco echo, wojna pochłonęła i moją matkę. Przydzielona została jako pielęgniarka i biegły w sprawach leczniczych do armii. Pamiętam ten dzień jak gdyby to było wczoraj, akurat ten jeden. Otrzymała list, otworzyła go i zamarła. Jej oczy utkwione we mnie zaczęły się szklic, wypełniając powoli łzami, po czym chwyciła mnie i przytuliła. Ona chyba jako jedyna tak naprawdę mnie kochała. Następnego dnia, kiedy to musiała się stawić w pobliskim miasteczku ja nie potrafiłem powstrzymać się od łez. Gdy wsiadała patrzyłem jak pociąg powoli rusza, następnie oddalając się i znikając za linią horyzontu. Było to 14 lat temu, od tamtej pory zostałem sam, no może nie całkiem sam. Dziadzia , stary pryk i konserwatysta, dobrze mnie wychował. Nigdy nie pozwalał bym się zbytnio zamartwiał. Zawsze z uśmiechem na twarzy powtarzał mi, że nie ma tego złego, co by w końcu na dobre nie wyszło. Niestety, najgorsze i go dosięgło. Gdy skończyłem 18 lat nieoczekiwanie zachorował i jego życie z pełnego energii zmieniło się w ciche i powolne oczekiwanie na przyjście tej ostatnich chwili. I w końcu nastąpiło, w dwa lata po pierwszych objawach. Ostatnie jego słowa wciąż są dla mnie zagadką: " tylko nie daj się opętać". Pod koniec swych dni co rusz powtarzał, jak widzi piętnastu rycerza czekających na niego, jak to oni pragnęli go powitać i tym podobne. Choroba najwidoczniej nie tylko zniszczyła go zewnętrznie, ale też i wewnętrznie. Ciężko było mi pozbierać siebie, szczególnie, że mój kontakt listowy z matką nagle ucichł. Dowiedziałem się jednak, że ojciec zginął na polu bitwy i moja mama otrzymując tę wiadomość, upadła na zdrowiu i trafiła do szpitala. Jako, że musiałem dwa lata po śmierci dziadka opiekować się farmą, dopiero dziś mając 23 lata mogę wyruszyć z tej małej wioski, gdzie nic mnie już nie trzyma, do teraźniejszej stolicy Garnathan – wyspy mechanicznych ludzi , miasta zwanego Draconth. Czas bym ja, Seibr, syn Marcusa i Werii odnalazł moją, utraconą przeszłość.
CDN...
Próbowałeś i nawet Ci wyszło, ale jest jeden mankament. Za dużo powtórzeń + błędy stylistyczne. Jak przepisujesz to ogarnij jeszcze raz tekst już po wszystkim i weź dostaw interpunkcję tam gdzie powinna być. W bądź razie zaskakujesz mnie tym, że człowiek, który nigdy nie pisał coś niezłego od siebie potrafi dać.
OdpowiedzUsuń